środa, 12 lipca 2017

Rozdział 1

"Love don't break the light
Trying to find my way again
Grey stars on the rise
Navigate me on the mend
The clock moves out of time
Wading thought the monents we left
I trip to feel alive
And die to forget"

Rachel Rabin - Raise the dead



  Hałaśliwe krople deszczu, stukały rytmicznie o szyby w oknach. Ten odgłos był jej doskonale znany - przynosił ukojenie. Po tym wszystkim, co się stało, lubiła wracać do tego, co stare oraz trwałe. Dlatego też odmówiła prośbie pani Weasley i postanowiła zamieszkać w zamku na czas letnich wakacji.

  Przymknęła na chwilę oczy i zaczęła liczyć do dziesięciu, by opanować nadchodzący płacz. Choć bardzo się starała niektórych wspomnień nie, potrafiła wymazać. Były zbyt świeże i zbyt bolesne. Mimo bólu, jaki czuła pragnęła pamiętać o rodzicach i o tym, co jej dali - życie.

  Nadal nie mogła uwierzyć, że to właśnie ona w jednej chwili straciła wszystko, co, łączyło ją z mugolskim światem; dom i rodzinę. Budząc się rano, miała nikłą nadzieję, że to tylko koszmar potem jednak z otępieniem przypominała sobie, gdzie się znajduje i wszystko wracało niczym bumerang.

  Noce były najgorsze. Właściwie już nie pamiętała, kiedy udało jej się przespać całą noc spokojnie bez krzyków i płaczu. Zastanawiała się, czy czasem zapomni, czy twarze Grangerów już na zawsze będą ją prześladować? Na szczęście potrafiła idealnie maskować swój rzeczywisty nastrój i targające nią uczucia, więc nikt z członków Zakonu Feniksa oraz profesorów nie męczył jej pustymi zapewnieniami o lepszym jutrze, oraz dobrymi radami. Szkoda tylko, że nie umiała tak świetnie okłamywać samą siebie.

  Czasem pragnęła rzucić na siebie zaklęcie zapomnienia. Zapomnieć, uciec gdzieś daleko i żyć jak zwykły mugol. Ale wiedziała, że za bardzo kocha magię, by tak po prostu z niej zrezygnować. Poza tym była Gryfonką i nie mogła stchórzyć.

  Zła na siebie, szybko otarła spływające po policzkach łzy. Choć nikt nie widział jej chwili słabości to i tak czuła się mała słabiutka. Przecież już tyle razy obiecywała sobie, że to ostatni raz, kiedy płaczę, a i tak pojawiały się nowe słone krople. Dlaczego? Była aż tak słaba? Czy ból i poczucie pustki kiedyś znikną?

  Musiała być silna i nie poddawać się rozpaczy. Tylko dla kogo miała walczyć? Owszem kochała swoich przyjaciół, ale oni nigdy nie zapełnią tej luki, nigdy jej nie zrozumieją. Nawet Harry.

  Pozostawało jeszcze najważniejsze pytanie. Pytanie, z którym szła spać i budziła się na ustach. Kto zabił jej bliskich? Który z tych psychicznych śmierciojadów, odważył się ponieść różdżkę na jej bezbronnych najbliższych? Wkurzało ją, że ma tak dużo oskarżonych i ani jednego punktu zaczepienia. Doskonale wiedziała, że jej przyjaźń z Harrym mogła być pretekstem, ale czemu nie porwali jej? Czemu ją zostawili?

  Pragnęła zemsty, chciała widzieć jak mordercy, dostają to na co, zasłużyli. W takich chwilach nie przejmowała się moralną stroną ani tym, że nigdy nie chciała nikogo skrzywdzić. Nie liczyło się już nic. Stara dobra Hermiona Granger, umarła pogrzebana razem z dwoma trupami w palącym się domu na Cross Road 23.

  Do tej pory, nie wiedziała czemu Dumbledore, zaproponował jej przyłączenie się do Zakonu. Nie dostała żadnej misji, nie rozmawiał z nią. Tak naprawdę, gdyby nie to, że uczestniczyła w zebraniach Feniksów, mogła przysiąść, że to tylko kolejny głupi sen. Po kilkunastu dniach mieszkania w zamku znała już prawie wszystkie tajne przejście i to takie, który nie było na Mapie Huncwotów, a dzięki uprzejmości Zgredka mogła wchodzić do kuchni o każdej porze dnia i brać co tylko zapragnęła. Także nauczyciele wydawali się bardziej ludzcy, kiedy nie zadawali mnóstwa pytań i nie obarczali długimi esejami. Oczywiście jak przystało na Prefekta Naczelnego, odrobiła wszystkie wakacyjne zadania w pierwszym tygodniu jej pobytu.

  Przerażona podskoczyła i zaczęła się nerwowo rozglądać po pokoju. Dopiero zdała sobie sprawę, że ktoś puka do drzwi zażenowana swoim zachowaniem, wstała z krzesła i trzymając książkę pod pachą, przeszła kilka kroków, po czym otworzyła drzwi. Ku jej zaskoczeniu w progu stała niska rudowłosa dziewczyna - Ginny Weasley.

  - Coś się stało? - spytała zaspanym głosem z trudem, tłumiąc ziewnięcie. Budzik na nocnej szafce wskazywał godzinę trzecią nad ranem.

  Ginny westchnęła cicho, unikając spojrzenia przyjaciółki, patrzyła na wzory pokrywające oliwkowe ściany oraz róg puszystego białego dywanu.

  - Dumbledore zwołuje zebranie - powiedziała w końcu, krzywiąc się lekko, między przyjaciółkami zawisło nieme oskarżenie oraz paląca zazdrość. Nie umiały już rozmawiać ze sobą tak swobodnie, jak kiedyś.

  Przez chwilę poczuła smutek, kiedyś były niemal nierozłączne... ale jak widać ich przyjaźń nie, była na tyle silny, by wszystko wytrzymać.

  - Och... Jasne już idę - mruknęła Hermiona i wyszła na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Ginny kiwnęła, posyłając jej smutne spojrzenie odeszła.

  Hermiona, odprowadziła przyjaciółkę spojrzeniem aż ta nie, zniknęła za zakrętem. Potem machnęła na siebie różdżką i jej ciemne jeansy oraz koszula w kratę zmieniły się w długą atłasową szatę o białym kolorze, oraz o kilka ton ciemniejszy płaszcz z kapturem. Założyła kaptur i ruszyła w stronę gabinetu Dumbledore'a, gdzie miało się odbyć Zakonu Feniksa.

  Po kilku minutach marszu stanęła przed dwoma bardzo złośliwymi gargulcami, strzegącymi wejścia do gabinetu dyrektora.

  - Hasło? - zapiał złośliwym tonem jeden z gargulców. Hermiona przewróciła oczami, powstrzymując się od wysłania w jego kierunku ładnej Drętwoty.

 - Kokosowe lody - odpowiedziała, krzywiąc się lekko. Gargulce zrobiły zawiedzione miny i niechętnie odsunęły się, ukazując Gryfonce wejście na spiralne schody.

   W gabinecie była zaledwie garstka ludzi najwyraźniej Dumbledore nie zwoływał wszystkich, co oznaczało, że sprawa jest zbyt ważna by, dowiedział się o niej każdy z członków. Hermiona ignorując zatroskane i zaciekawione spojrzenia, przeszła przez pomieszczenie i usiadła w rogu między Remusem Lupinem, a Szalonookim Moodym. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły Dumbledore, odchrząknął i zaczął mówić:
 
  - Skoro są już wszyscy to, możemy zaczynać. Remusie, jak idą negocjacje z Wilkołakami? - zwrócił się do milczącego Lupina.
 
Wilkołak westchnął ciężko i rozłożył bezradnie ręce.

  - Kamal przywódca wilkołaków twierdzi, że Voldemort ma więcej do zaoferowania niż my. Nie, którzy się z nim nie zgadzają, ale są zbyt przerażeni, by się przeciwstawić.

  - To znaczy, co? - spytał Potter, rozglądając się po innych.

  Hermiona pokręciła niezauważenie głową, jak mógł być tak głupi? Jak mógł pytać o taką rzecz...

  - Wolność. Voldemort nie narzuci im żadnych reguł. Będą mogli robić to, co, chcą bez jakichkolwiek konsekwencji - wyjaśnienia Alastora spowodowały, że Wybraniec nareszcie zrozumiał i gwałtownie zbladł.

  -   No trudno pomyślimy później co z tym zrobić, miejmy nadzieję, że Dorcas i Luna będą miały więcej szczęścia - oznajmił Dumbledore, złączając czubki palców. Hemiona doskonale wiedziała, że Smith i Lovegood zajmują się przekabaceniem na stronę Zakonu elfów, które niezbyt przechylnie patrzą na ludzkie wojny.

  - Albusie, po co nas tu wezwałeś? - spytała cicho pani Weasley.

  - Ach tak... Jak wiecie, poszukuję po raz kolejny nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią ostatnio, zgłosił się do mnie Matthew Wilkes... postanowiłem przyjąć go na to stanowisko. Ponadto wyraził chęć włączenia się do Zakonu - Na małą chwilę zapadła ciężka cisza nawet Fawkes umilkł, chowając łebek pomiędzy Skrzydła, jakby przeczuwając nadchodzącą burzę.

  - Że co?! - ryknął Alastor Moody, zrywając się gwałtownie z krzesła.

  - Ależ Albusie! A nasze dzieci, jak mogłeś?! - Dało się też słyszeć rozpaczliwy krzyk Molly.

  - Czy ktoś mi wyjaśni kto to ten Wilkes i o co z nim chodzi? - Ron Weasley próbował przekrzyczeć dwójkę dorosłych.

  - Uspokójcie się moi kochani. - Dyrektor podniósł ręce do góry. - Wiem co, robię.

  Słowa te wcale nie uspokoiły Hermione, przeciwnie jeszcze bardziej spotęgowały jej strach. Nie mogła uwierzyć, że ten ów miły dobroduszny staruszek z taką łatwością wystawia uczniów na niebezpieczeństwo, że ot tak zgodził się by zamieszkały pod jednym ze Śmieciożercą.

  - To Śmierciożerca. Widziałem jego zdjęcie w Proroku. - Jak przez mgłę, słyszała jak Harry, wyjaśnia Ronowi, odpowiadając na jego pytanie.

  Bladzi wpatrywali się z niedowierzaniem w głowę Zakonu Feniksa.

  A co jeśli on wie coś o morderstwie, co jeśli tam był? Myśl ta, choć niedorzeczna i nieoparta na żadnym racjonalnym fakcie jedynie na domysłach nie dawała jej spokoju.

  - Kiedy ma przybyć? - spytała, odzywając się po raz pierwszy od przybycia.

  - Za dwa dni. Panno, Granger, czy byłaby pani tak miła i oprowadziła naszego gościa po szkole? - Z wrażenia zaschło jej w gardle z trudem, przełknęła wielką gulę i skinęła głową.

  - Ale Albusie, to... - zaprotestowała Molly, jednak zamilkła wściekła widząc stanowczy wzrok dyrektora. On już postanowił.

  - To chyba już wszystko... - Hermiona nie pamiętała kto to, powiedział, nie pamiętała też jak, znalazła się w swoim pokoju. Nagle jednak uświadomiła sobie, że siedzi na łóżku w swojej sypialni, a drzwi do korytarza są szeroko otwarte.

  Wstała i niczym lunatyczka podeszła do nich i popchnęła je. Potem odwróciła się i upadła na miękki puchaty dywan. Patrzyła tępym wzrokiem na różnokolorowe wzorki, nieświadoma spływających po policzkach gorących łez. Kiedy łzy się wyczerpały, położyła się i zwinęła w kłębek. W pokoju było lodowato, ale nie miała sił, by wezwać Skrzata i poprosić go by napalił w kominku. Nie miała już na nic siły. Gdzieś z tyłu jej głowy kołatała się myśl, czy nie powinna się napić? W końcu zziębnięta i przerażona zasnęła niespokojnym snem.

~*~

  Patrzyła jak kobieta, wije się po posadzce z bólu. Nad nią niczym sęp, krążyła wysoka postać o długich splątanych lokach, szaleńczy śmiech mieszał się z wrzaskami rozpaczy. Nie protestowała, po prostu patrzyła tak jak kilkadziesiąt innych postaci ubranych na czarno stojących w ramię, w ramię.

  Po chwili kobieta znieruchomiała, jej krzyki zamilkły, a ciało zwiotczało. Lokowata piękność, mściwy Anioł Śmierci kopnęła bezużyteczne ciało i odwróciła się do stojącej w progu postaci. Z tej odległości widziała tylko czerwone tęczówki śmierciożerczyni skłoniła się nisko, czekając z niecierpliwością na kolejne rozkazy.

  - Pozbądź się... tego - syknął zimny głos.

  Bellatrix Lastrange uniosła różdżkę i rzuciła zaklęcie. Płomienie wybuchły i lizały ciało, spalając pobrudzoną krwią wełnianą sukienką. Czarne tęczówki patrzyły na rozszalały ogień, nie czuła jego gorąca na zapadłych policzkach.

~*~

  - Nie! Nie! - zaszlochała, budząc się gwałtownie spanikowana, rozejrzała się po dobrze znanym pokoju. Sen jednak wydawał się taki realny, niemal czuła na swoim ciele żar tamtego ognia. Wiedziała, że już nie zaśnie. Zirytowana zerknęła na zegar i przeklęła pod nosem, była dopiero trzecia rano.

  Mimo tak wczesnej godziny wstała z miękkiego i wygodnego łóżka. Po czym zabierając czyste ubrania, zamknęła się w łazience. Woda była lodowata, jednak nie przeszkadzało jej to przeciwnie, była zadowolona. Stojąc pod prysznicem i patrząc na sunące po kabinie krople, czuła się jak nowo narodzona, jakby woda mogła zdjąć z jej barków ciężar, który dźwigała odkąd, znalazła martwych rodziców. Niestety, gdy zakręciła kurek i opatuliła się szarym ręcznikiem uczucia i wspomnienia znów ją zaatakowały jak wyprawny zabójca.

  - Zgredek! - zawołała w przestrzeń, ubierając jednocześnie turkusową sukienkę na cienkich ramiączkach. Nawet nie sprawdziła, jaka jest pogoda. Było jej wszystko jedno i tak nie zamierzała opuszczać murów zamku.

  Rozległ się głośny trzask i na środku łazienki, pojawił się mały Domowy Skrzat. Uśmiechnął się szeroko, kłaniając się tak nisko, że jego ryjkowaty nos dotykał zimnych kafelków.

  - Zgredek wita panienkę Hermione, co Zgredek może uczynić dla panienki? - spytał, wpatrując się jak urzeczony w czarownicę.

  - Witaj, czy mógłbyś przynieść mi jakieś kanapki i kawę?

  - Oczywiście panienko! - zawołał i skłoniwszy się, zniknął.

  Hermiona westchnęła i machnęła różdżką, ścieląc łóżko. Miała dość już tej bezczynności. Chciała, aby wakacje się skończyły. By mogła zając myśli nauką. Żałowała, że tak szybko odrobiła wszystkie zadania domowe.

  Do końca wakacji zostało jeszcze czterdzieści jeden dni. To będą bardzo długie i smutne dni, pomyślała znużona. W tej samej chwili w sypialni obok niej stanął Zgredek z tacą pełną kanapek i kubkiem gorącej kawy ze śmietanką.

  - Dziękuję Zgredku - powiedziała, uśmiechając się lekko i szybko zajęła się pałaszowanie śniadania.

  Po zjedzonym śniadaniu włożyła buty i wyszła na zewnątrz. Postanowiła przejść się skrajem Zakazanego Lasu, może nawet odwiedzić Hagrida.

~*~

  Szedł wydeptaną ścieżką. Jego czarna peleryna, sunęła po zeschniętych liściach. Jego kroki były ciche i płynne. Po tylu latach nauczył się poruszać zupełnie bezszelestnie. Doskonały węch podpowiadał mu, w którym kierunku iść. Nagle przystanął i odwrócił się napięcie jego paznokcie, wydłużyły się, a oczy zmieniły barwę z niebieskich na czarne. Czekał w napięciu, przeczesując wzrokiem gęsty las. Wiedział, że nie jest już sam.

  Po kilku minutach zza drzew wyszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich był długowłosym blondynem o pociągłej twarzy, drugim zaś brunet o haczykowatym nosie. Oboje byli ubrani w czarne peleryny i ściskali w dłoniach różdżki, gotowi w każdej chwili zaatakować. Na jego twarzy pojawił się kpiarski uśmiech. Wyprostował się powoli, a pazury, jak i oczy powróciły do normalnego wyglądu.

  - Nie sądziłem, że Tom będzie wysyłał po mnie eskortę. Czymże sobie zasłużyłem na ten zaszczyt? - zadrwił, kiedy podeszli bliżej i zatrzymali się kilka kroków przed nim dokładnie, śledząc każdą jego reakcję.

  - Spóźniłeś się - oznajmił chłodno brunet.

  Drugi z mężczyzn zmierzył jego poplamioną i podartą szatę pełnym dezaprobaty spojrzeniem, prychając pod nosem. Widząc to przybysz, uśmiechnął się szeroko.

  - Więc lepiej już chodźmy, nie chcemy w końcu, aby Czarny Pan się zezłościł, czyż nie? - spytał z udawaną troską w głosie. Co jak co, ale on akurat, ani trochę nie bał się Lorda Voldemorta. Znał go odkąd, był małym jedenastoletnim Tomem Riddlem. Co więcej, to właśnie on nauczył go Czarnej Magii, potem jak to się mówi uczeń, przyrósł mistrza, a przynajmniej tak się wielkiemu Lordowi wydawało, jakże się mylił!

  - Idziemy - zakomenderował blondyn i cała trójka okręciła się wokół własnej osi, znikając z ciemnego lasu.

____________________________________
  Witajcie, kochani! Bardzo wam dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim rozdziałem ;D Pewnie się zastanawiacie czemu publikuję rozdział przed czasem, prawda? Niestety z powodu swojej niezdarności i ogólnego życiowego pecha uległam wypadkowi. Mam nogę i rękę w gipsie. I będę miała go jeszcze przez jakieś pięć tygodni... prawda, że miłe wakacje? Potem czeka mnie rehabilitacja... To wszystko wiąże się z brakiem czasu na pisanie. Nawet nie wiecie jak ciężko jest to mi pisać. Dopiero zaczynam swoją przygodę w blogowym świecie, a już muszę ją skończyć. Oczywiście nie zawieszam bloga, ani nie usuwam! Co to, to nie! Po prostu proszę was byście dali mi trochę czasu, a ja obiecuję, że wrócę z kolejnym rozdziałem.
Dziękuję i ściskam mocno wasza,